Polacy tysiącami odwiedzają Gruzję, latem i zimą. Jeżdżą na winobranie. Chodzą po górach. Bawią się na weselach. Pluskają się w Morzu Czarnym. I jedzą chinkali.


Jeszcze niedawno Gruzja kojarzyła nam się z... no właśnie, z czym? Pomyślcie. Rozejrzyjcie się wokoło. I co? Nic nie przychodzi wam do głowy? Wiedzieliśmy mało lub nic o tym górzystym, niewielkim kraju. Sam miałbym kłopot z odpowiedzią na to pytanie. Zaraz, zaraz! Na pewno wskazałbym na wąsatego, mało rozgarniętego kierowcę czołgu typu T-34 o bocznym numerze „102”. Pojazd ten, jak zapewne pamiętacie, został pieszczotliwie nazwany przez załogę od koloru włosów pewnej rosyjskiej sanitariuszki. Wąsaty Grigorij niezbyt interesował się wojną, za to bez przerwy dukał nieporadnie po polsku, że nie ma dziewczyny, i że Gruzja jest piękna. Kiedyś nawet zaśpiewał tamtejszą pieśń ludową „Kartvelo kheli khmals ikar” – Gruzinie, chwyć za miecz, i opłazował ułańską szablą kilku wehrmachtowców. (…)


Więcej przeczytasz w najnowszym numerze dwutygodnika Pielgrzym (18/2019).