Kiedy człowiek wędruje na piechotę, zwłaszcza w przypadku dłuższych odcinków marszu, zawsze się trochę udręczy. A to spiekota, a to bąble na stopach, a to znów deszcz porosi. Jednak to co zyskuje jest ponad te niedogodności.


Najpierw idą zapachy. Nigdy w samochodzie a rzadko raczej na rowerze, człowiek nie odczuwa tak bardzo zapachów idących od ziemi i jej darów jak w czasie wędrowania. Zwłaszcza lato sprzyja takim sensualnym wrażeniom, bo to i drzewa kwitną, pola pachną dojrzałym zbożem a potem świeżym rżyskiem, a już łąki przechodzą wszelkie pojęcie. Do tego dochodzą czysto ludzkie zapachy, jak choćby niepowtarzalna woń piekącego się właśnie chleba, świeżego ciasta.
Potem idą widoki. Horyzont wprawdzie mocno przesłonięty bujną zielenią, to przecież nie wczesna wiosna, ale kolory są z pełnej palety impresjonistów. Inaczej o poranku, gdy zaskoczą nas opary wilgoci unoszące się nad rzekami, jeziorami, stawami a nieraz, po prostu, w kotlinach. W południe dominuje żółć czy złocień, połączone z wyblakłym nieco niebem i zmęczoną już trochę zielenią. Najpiękniej potrafi być pod wieczór, czy nawet u początku nocy, kiedy na niebie zobaczyć można wszystko, z fioletem, czerwienią, granatem, a do tego spadające gwiazdy. Te ostatnie najlepiej obserwować, kiedy śpi się w świeżym stogu siana.
Pośród tych wszystkich zjawisk pojawia się słowo. Zaśpiewane niekiedy, wygłoszone, usłyszane w czasie wędrującej spowiedzi.
I na koniec – to co najważniejsze. Rozmowa z Nim. Jest właściwie sumą wszystkich wcześniej wymienionych doznań. Niekiedy nie potrzebuje głosek, jest milczeniem, otwarciem, niekiedy może być potokiem słów. Ta rozmowa pozostaje w nas, do czasu. Dla niektórych, może do następnego spotkania na szlaku.

Adam Hlebowicz


„Pielgrzym” 2009, nr 17 (515), s. 23