Każdy ma szansę uratować komuś życie. Wystarczy poświęcić pięć minut na rejestrację i oddać pięć mililitrów krwi, aby trafić do bazy potencjalnych dawców komórek macierzystych. Tyle potrzeba, by wzbudzić w człowieku nadzieję na pokonanie choroby, jaką jest nowotwór krwi, potocznie zwany białaczką. W Polsce taka diagnoza stawiana jest co półtorej godziny.

Wakacje dobiegały końca. Niebawem Natalia miała rozpocząć naukę w trzeciej klasie licealnej. Przedtem jeszcze tylko długo wyczekiwany wyjazd do Belgii z pelplińskim zespołem pieśni i tańca „Modraki” oraz miejscowym kołem esperantystów, w którym działała. Choć przygotowania do podróży pochłaniały ją bez reszty, w ferworze zajęć zwróciła uwagę na dziwne, nieznanego pochodzenia siniaki na nogach. (…)

 

„Widziałam, jak inne koleżanki męczą się w wodzie, idą pod wodę i ostatkiem sił wynurzają się i znów idą pod wodę. Straszne to były sceny. Po prostu makabra. Sama wyczołgałam się spod wywróconej do góry dnem motorówki i postanowiłam płynąć do brzegu”.

Z inicjatywy księdza Mieczysława Radochońskiego, proboszcza kościoła pw. Nawiedzenia NMP – parafianie podjęli inicjatywę uczczenia pamięci 23 młodych harcerek i 2 osób miejscowych, które tragicznie zginęły 18 lipca 1948 r. w wodach jeziora Gardno.

Już 10 lat minęło od nagłej śmierci gdyńskiego prałata, ks. dr. Hilarego Jastaka. Postać ogromnie barwna, dynamiczna, żywotna, już za życia owiana legendą. Legendę tworzą na ogół inni, ale i sami bohaterowie dostarczają do niej wiele potrzebnego materiału. Zapamiętuje się zatem ich powiedzenia, fortele, czasem konflikty, którymi nie do końca pogardzali.

Przez cały okres powojenny nie było pewnie w Gdyni duszpasterza sławniejszego niż Ksiądz Jastak. Czasem go nawet identyfikowano jakby z samym kościołem Najświętszego Serca Pana Jezusa, że mianowicie coś się odprawiało u Jastaka, albo że u Jastaka to czy tamto podawano do wiadomości.
A ten kościół był zawsze słynny i dobrze znany, nawet kiedy był drewnianą prowizorką zbudowaną m.in. z prasowanych płyt paździerzowych. Tam zawsze był porządek, zawsze były dyżury spowiedników i ciągle pojawiały się jakieś cenne inicjatywy duszpasterskie. (…)

 

„Było bardzo zimno; śnieg padał i zaczynało się już ściemniać; był to ostatni dzień roku… W tym chłodzie i w tej ciemności szła ulicami biedna dziewczynka z gołą głową i boso (…). Stąpała nóżkami, które poczerwieniały i zsiniały z zimna; w starym fartuchu niosła zawiniętą całą masę zapałek, a jedną wiązkę trzymała w ręku; (…) przez cały dzień nie sprzedała ani jednej. (…)

Świat jest zdruzgotany stratami i cierpieniem Haiti. 12 stycznia br. na wyspie zadrżała ziemia, najmocniej od 200 lat, potem było jeszcze 50 trzęsień wtórnych. Stolica Port-au-Prince legła w gruzach, grzebiąc tysiące ludzi, a miliony pozbawiając dachu mad głową. Krajobraz zniszczenia i śmierci przeraził wszystkich. Na apel władz Haiti, rzecznika ONZ i papieża Benedykta XVI wiele państw, w tym i Polska, ruszyło z pomocą humanitarną poszkodowanym.