Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach świat stoi przed nami otworem i wystarczy tylko odpowiednia suma pieniędzy, by dotrzeć w każde miejsce – nawet na Księżyc! Ale to właśnie bogactwo może przeszkadzać nam w kontaktach z tubylcami czy w dotarciu do miejsc, gdzie skromny wygląd i odpowiedni środek transportu zwiększają szanse na poznanie miejscowego życia.

Na Pacyfiku wciąż jest kilka takich miejsc, do których nie dostaniemy się z żadnym biurem podróży. O czymś takim właśnie marzyliśmy. Droga morska wydawała się jedyną słuszną. Lubimy ciepło i jachtowe życie. Musieliśmy jeszcze tylko znaleźć portowe miasto, w którym moglibyśmy zostawiać jacht na czas powrotu do Polski, no i najlepiej, by było tam jeszcze międzynarodowe lotnisko. Okazało się, że jedynym miejscem, które spełnia te założenia, jest Cairns na północno-wschodnim wybrzeżu Australii. Tak oto niewielkie turystyczne miasteczko położone w samym sercu tropikalnego stanu Queensland stało się naszą bazą na wiele lat, a dwunastometrowy trzydziestoletni jacht Talavera – naszym drugim domem.

Żeglugę na północ od Port Douglas, gdzie przez kilkaset kilometrów nie napotkaliśmy żadnej mariny, można śmiało nazwać wyprawą na koniec świata. To nie Chorwacja, gdzie za każdą zatoką skrywa się jachtowy port. Nam pozostawało zrzucenie kotwicy i użycie bączka, żeby dostać się na brzeg. A co na brzegu? (…)

 

Wartościowa książka